Organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną zwierząt jest w Polsce bardzo dużo i są bardzo różne. To dobrze – daje to bowiem możliwość wyboru takiej, która odpowiada wizji pomagania i ograniczania problemów zwierząt każdej osoby. Warto więc poświęcić chwilę czasu i zapoznać się z celami i kierunkiem, jaki obierają poszczególne organizacje – wówczas pomoc trafia dokładnie na to, na co wspierający chciałby ją przekazać.

Założyłam Grey Animals w 2011 roku, ponieważ sytuacja zwierząt na obszarze, gdzie niewiele wcześniej zamieszkałam, była dramatyczna. Północ opolszczyzny to obszar głównie wiejski, gdzie zwierzę traktowane jest użytkowo – nie jako towarzysz człowieka, ale raczej przedmiot, narzędzie. Jest to jeden z ostatnich w Polsce tak dużych obszarów bez żadnego schroniska dla zwierząt, nie odbywały się tutaj też żadne zajęcia edukacyjne, programy zapobiegania bezdomności czy inne, ograniczające znęcanie się nad zwierzętami. Kiedy zaczynałam działać, nie istniała też ani jedna organizacja.

Miałam bardzo konkretny cel: zmianę tej sytuacji – nie zmianę losu pojedynczego zwierzęcia.

Od początku Grey Animals działa niejako dwutorowo – z jednej strony zapewniając doraźną pomoc niewielkiej liczbie najbardziej potrzebujących zwierząt, z drugiej natomiast działając na rzecz utworzenia schroniska i zwiększenia poziomu świadomości społecznej, aby to schronisko okazało się możliwie najmniej potrzebne. Ja nie chcę bowiem do końca życia zbierać psów z ulic i prowadzić interwencji, znajdować im domów adopcyjnych i doprowadzać do wyroków. To są ważne rzeczy i będę to robić, ale nie to jest moim celem. Mówiąc półżartem: chcę kiedyś mieć wolne – czyli chcę, żeby moja Fundacja nie miała co robić. Będzie to dla mnie największym sukcesem i dowodem, że przepracowane lata nie zostały zmarnowane a właściciele zwierząt sami już potrafią o nie dobrze zadbać.
Oczywiście tak postawiony cel należy traktować raczej jako kierunek działania, niż dosłowny opis sytuacji – jasne jest, że zawsze znajdzie się jakieś zwierzę w potrzebie. Celem Grey Animals jest jednak to, aby takie sytuacje ograniczyć i przede wszystkim im zapobiegać, nie bez końca walczyć z ich skutkami, ratując kolejne i kolejne i kolejne zwierzęta.

Ważną cechą Grey Animals jest nierasowość.

Fundacja nie zajmuje się żadną konkretną rasą psów bardziej niż innymi – choć oczywiście zdarza się, że trafiają pod naszą opiekę także psy rasowe. Przyjmując zwierzę pod opiekę nie patrzymy na jego rasę i wygląd, ale na jego sytuację. Nie znaczy to, że prywatnie nie mamy „rasowych” preferencji – oczywiście mamy, ale pilnujemy, aby na ile to tylko możliwe nie miały one wpływu na decyzje dotyczące pomocy temu czy innemu zwierzęciu.
W miarę możliwości staramy się unikać przyjmowania do nas kotów, ponieważ bez wydzielonej kociarni jest to w naszej sytuacji po prostu bardzo niebezpieczne.

Nieobojętna Darczyńcom powinna być kwestia wykorzystania środków finansowych we wspieranej organizacji. Tutaj warto zwrócić uwagę na fakt, że Grey Animals nie utrzymuje swoich zwierząt w hotelach czy pensjonatach, nie korzystamy też z tzw płatnych domów tymczasowych. Ma to spore znaczenie, ponieważ koszt utrzymania psa w siedzibie Fundacji z reguły nie przekracza 75-100zł (oczywiście w zależności od jego wielkości, potrzeb i stanu zdrowia) – natomiast konia – 250-300zł. Koszt hotelowania mało kiedy jest niższy niż 300zł za psa i 500zł za konia, przy czym średnie, normalne ceny to odpowiednio 450 i 650zł. Nietrudno policzyć, że mając pod opieką zaledwie 10 psów i 3 koni – co naprawdę rzadko się zdarza, z reguły przynajmniej psów jest dwukrotnie więcej – robi się z tego kwota minimum 4500zł, a średnio 6450zł. Miesięcznie.
Podjęliśmy zatem decyzję, aby opieka nad zwierzętami była u nas pracą, dlatego Fundacja utrzymuje jeden etat – minimalną krajową, o łącznej wysokości (z ZUSem i podatkiem) 2411,90zł – kwota ta nie jest zależna od ilości posiadanych zwierząt, dopóki nie przerasta to możliwości jednej osoby (dwóch, bo przecież jest nas dwoje, ale etat jeden).

No właśnie. Jesteśmy mikroorganizacjąfundacyjką prowadzoną w domowym zaciszu przez całe dwie osoby. Nie mamy (jeszcze!) zaplecza, infrastruktury, budynków, floty pojazdów i sztabu pracowników. Nie jesteśmy schroniskiem otwartym w określonych godzinach, a wszystkie obowiązki wypełniamy sami – od codziennej opieki, przez wyjazdy, transporty, zaopatrzenie czy zajęcia w szkołach – dlatego nie możemy zapewnić regularnych godzin otwarcia, natychmiastowej reakcji na każde zgłoszenie czy zapewnienia miejsca każdemu potrzebującemu zwierzęciu. Pracujemy też zawodowo, ponieważ ów wspomniany wyżej etat nie pozostawia nam wyboru – zresztą, oboje kochamy swoją pracę. Tak czy siak, staramy się robić najwięcej jak możemy, ale ma to oczywiste granice.

Jakie mamy zaplecze? Fundacyjne psy w ogromnej większości mieszkają w naszych własnych kojcach – prowadzimy hotel, który z racji Fundacji czasem nie przyjmuje zwierząt i udostępnia owe kojce. Dopiero w roku 2015 Fundacja kupiła pierwsze dwa porządne i piękne kojce (jeden dzięki przyjęciu Elvisa) i dwa używane, stare – ale za to niedrogie. Teraz, kiedy piszę ten tekst – z końcem 2017 roku – pojawia się nadzieja na kolejne kojce i pierwsza w historii szansa, że greyanimalsowe psy będą mieszkać u siebieKonie mają podobnie – żyją w budynku ogromnej, przedwojennej i przepięknej stodoły z kamienia, zaadaptowanej na stajnię. Mimo owego piękna, budynek od swego powstania nie doczekał się remontu. Jego dach błaga o wymianę i grozi tragedią, zrzucając przy każdej wichurze kilka dachówek. Drewniane drzwi odstają bardziej niż przylegają, podłoga to urokliwe klepisko a brak stropu sprawia, że zimą nasze konie to nowa, wielce ofutrzona rasa „horsarian husky”.  Koty w zależności od stanu, potrzeb i możliwości żyją w stajni, paszarni, na strychu lub na wolności – w całej tej sytuacji mają zatem względny luksus, pomijając czyhające wszędzie psy.

Posiadamy samochód – w tej kwestii przez minione lata było wiele przebojów. Początkowo Fundacja używała mojego osobistego Peugeota Partnera, który służył jej dzielnie przez pierwsze bodajże dwa lata, a lata te były dla biednego peżotka okresem ciężkiej, niewolniczej pracy bez prawa do napraw czy niedomagań. Peżotek zginął jednak śmiercią tragiczną w czasie dość groźnego wypadku, w którym łącznie kompletnie skasowane zostały trzy samochody a mi do dziś ciężko uwierzyć, że nikomu nic się wtedy nie stało. Jakiś czas później z niemałą pomocą moich rodziców kupiliśmy do fundacji T4 – cudownego Transportera, który mieścił wszystko i pozwolił nam znowu normalnie działać. Transporter jednak dawno już był pełnoletni i nadszedł czas, kiedy więcej stał w warsztacie niż jeździł, a łączne koszty jego naprawy pozwoliłyby dawno kupić coś innego. W końcu więc sprzedaliśmy go, znów użytkując w Grey Animals własne auto. Wreszcie Fundacja odkupiła go od nas za część wartości, dlatego teraz może wozić zwierzęta, ale też ich wyżywienie, zaopatrzenie i wszystko, co jest potrzebne.

I to chyba tyle z zaplecza. Ponieważ Fundacja mieszka w naszym domu, nie musi ponosić wielu kosztów jak prąd, woda czy nawet telefony – udostępniamy to wszystko jako oczywistą kolej rzeczy i dopóki jej siedzibą jest nasz dom, tak pozostanie. Mimo to, naszym celem jest usamodzielnienie Fundacji – gdzieś w perspektywie czasu widzimy zakup ziemi lub ziemi już z budynkami, gdzie powstanie siedziba Grey Animals z prawdziwego zdarzenia – a dokładniej GREYt PLACE, czyli owoc wielu naszych przemyśleń i refleksji na temat skutecznego działania na rzecz zwierząt. Te lata pracy bowiem to nie tylko czekanie na zmiany i bieżąca działalność, ale przede wszystkim czas w którym dojrzewały i klarowały się nasze pomysły, zderzane z rzeczywistością i krytyką naszych wielu wspaniałych, choć często przecież sceptycznych rozmówców. Ten czas jest dla mnie wiele wart, pozwolił nam dostrzec co jest naprawdę ważne i co działa, dlatego teraz GREYt PLACE ma szansę być placówką inną niż inne i – w co oboje wierzymy – przyniesie skuteczne zmiany. Tutaj można poczytać więcej na ten temat.

To wszystko na przyszłość. Wracając do tu i teraz – są dwa duże powody, dla których w obecnej lokalizacji jesteśmy raczej zamknięci na wolontariat.  Częścią naszej zawodowej pracy jest hotel dla trudnych psów – bardzo często agresywnych i problematycznych, wymagających zachowania specjalnej ostrożności. Wejście na wybieg obcej osoby jest związane z realnym ryzykiem pogryzienia, dlatego bezwzględnie musi się to odbywać w naszej obecności. Do tego połączenie czasowo wszystkich naszych obowiązków z takimi odwiedzinami skutkuje u nas po prostu koniecznością regularnego zarywania nocy, a to niestety jest w chwili obecnej, przy małym dziecku i i tak zarywanych nocach za wysoki koszt względem korzyści dla zwierząt. To jednak nie jest wszystko – mimo tego, że mieszkamy na krańcu świata, mamy sąsiadów. Bardzo zależy nam na tym, żeby nie być dla nich utrapieniem i nie dopuścić do sytuacji, kiedy bądź co bądź potężne stado psów bez przerwy szczeka, wyje i hałasuje – a tak dzieje się, kiedy ktoś obcy pojawia się na wybiegu. Nasi sąsiedzi są bardzo wyrozumiali i naprawdę tolerancyjni – wystarczy powiedzieć, że udostępniają naszym koniom swoją łąkę. Nie chcemy jednak tej wyrozumiałości naciągać bardziej niż musimy, dlatego póki co na odwiedziny umawiamy się na zasadzie wspólnych spacerów.
Bardzo chcemy to zmienić i dotrwać do czasu, kiedy będziecie mogli do nas na co dzień przyjeżdżać, zajmować się razem z nami naszymi zwierzętami i po prostu uczestniczyć w życiu Fundacji – ale to wszystko będzie możliwe dopiero w fundacyjnej placówce, teraz nasze „zamknięcie” to po prostu konieczność, mniejsze zło.

Cóż jeszcze? Grey Animals zajmuje się nie tylko zwierzętami uznanymi za towarzyszące – czyli psami, kotami i końmi. Naszej uwadze zdecydowanie nie uchodzą zwierzęta gospodarskie, traktowane powszechnie jako już-prawie-jedzenie, więc nie warte żadnych sentymentów. Jako osoby zajmujące się ochroną zwierząt nie potrafimy zajmować się wyłącznie ochroną piesków i – jak to trafnie ujęła moja znajoma – świętować adopcję psa zjadając grillowaną świnię. Doskonale zdajemy sobie sprawę z kulis przemysłu mięsnego i mleczarskiego – ten ostatni prywatnie uważając za najgorszą istniejącą formę znęcania się nad zwierzętami, bo żaden inny przemysł nie powoduje takiego cierpienia na taką skalę.  Ograniczenie wykorzystywania wszystkich zwierząt uważamy za ważną część zmiany, dla której działamy.

 

Osiągnięcie naszego celu i chęć ograniczenia cierpienia zwierząt zmusza nas czasem do podejmowania trudnych decyzji.

Czasem żartujemy, że jesteśmy „złą Fundacją”, bo odważamy się podejmować kontrowersyjne, trudne decyzje. Usypiamy ślepe mioty – nad czym publiczne oburzenie zawsze mnie oburza, bo nienawidzę ratowania sercem zamiast rozumem. I mimo, że jest to najgorsza część mojej fundacyjnej pracy i obowiązek, który zawsze muszę odchorować – jest to jednak konieczność bezpośrednio wpływająca na ilość zwierząt bezdomnych i umierających z zaniedbania, a więc po prostu mniejsze zło. W ramach „złej fundacji” regularnie odmawiam przyjmowania zwierząt, w tym ogromnej większości zwrotów z adopcji. Wychodzę bowiem z założenia, że obowiązkiem właściciela jest zapewnienie zwierzęciu opieki – nie tylko wówczas, kiedy jest to zwierzątko chciane i kochane, ale – może nawet przede wszystkim – wtedy, kiedy pojawiają się problemy i sytuacja sprawia, że chciałoby się gdzieś tego zwierzaka opchnąć. Organizacje – w mojej ocenie – nie są po to, żeby zbierać każdego problematycznego zwierzaka, ratować w każdej sytuacji wyjazdu (swoją drogą ZAWSZE w ostatniej chwili) i przyjmować niechciane mioty, zwierzęta chore i niszczące mieszkania – „bo ja już mam dość”.  Problemy się rozwiązuje, nie spycha – i w ogromnej większości przypadków naprawdę da się je rozwiązać. Organizacje oczywiście mogą w takich sytuacjach pomagać – i my to robimy na co dzień, na przykład służąc nieodpłatnym wsparciem szkoleniowym czy instruując jak pracować nad problemem, czasem pomagając stworzyć kojec, czasem przekazując karmę a w sytuacjach beznadziejnych proponując pomoc w szukaniu nowego domu, często też nieodpłatną sterylizację i pilotaż całej sprawy. Zdecydowanie jednak nie jesteśmy po to, aby przyjmować wszystkie zwierzęta głupio wzięte, bo na dłuższą metę takie działania problem pogłębiają a nie rozwiązują.

Podsumowując ten przydługi opis – Fundacja Grey Animals powstała po to, żeby coś zmienić. Naszym podstawowym celem, który zawsze mamy przed oczami są działania ukierunkowane na długofalową poprawę losu wszystkich  zwierząt.
Na koniec dodam jeszcze to, co raczej oczywiste – nasze działania są możliwe tylko i wyłącznie dzięki Waszemu wsparciu. Grey Animals istnieje dzięki darowiznom.  Jeśli zatem nasze cele wydają się być też Twoimi celami, pomóż nam i zróbmy to razem. My sami jesteśmy tylko dwojgiem zwyczajnych ludzi, którzy mają naprawdę niewielkie możliwości żeby coś zrobić. Wspólnie z Wami jednak możemy naprawdę zmienić świat, który mamy wokół siebie.